Po dwóch osobistych notkach wracam do głównego wątku tego bloga - do inspiracji wnętrzarskich. Odnawiam sosnową podłogę w swoich pokojach (na razie w jednym z nich), która niestety pokryta jest kilkoma warstwami kryjącej farby. Zanim się przeprowadziliśmy pomalowałam ją na biało akrylową emalią, ale nie jestem zadowolona z efektu. Mimo wcześniejszego szlifowania, farba się łuszczy i odbarwia. Dlatego postanowiłam dotrzeć do surowego drewna, co jest bardzo wyczerpujące - pokoje w sumie mają prawie 40m2. Po gruntownym przemyśleniu i czasochłonnym zdobywaniu informacji, zdecydowałam się, że ostatecznym wykończeniem podłogi będzie olejowanie. Nie mam możliwości, żeby przenieść się na kilka dni z kotami do innego miejsca, by móc podłogi polakierować - lakier koszmarnie cuchnie, a podłoga wymaga położenia aż czterech warstw, z których każda musi schnąć 24h. Poza tym zależy mi na zachowaniu charakteru starej podłogi, musi być więc wykończona na matowo. Olej sprawdza się tutaj idealnie. Zanim olej zostanie położony, chcę podłogę pobielić bejcą wodną.
Wrzucam zdjęcie pochodzące z bloga http://scandinavianretreat.blogspot.com/, prezentujące efekt jaki chciałabym osiągnąć.
Zamierzam do tych desek dobrać białe listy mdf, które będą ładnie odcinać linię podłogi, kontrastując z kolorem grafitowych ścian (jestem naprawdę dumna z tego koloru - kocham szarości we wnętrzach). Zasadniczą inspiracją do stworzenia tego wnętrza była monochromatyczność czarno-białych zdjęć. Szarość na ścianach, jasna podłoga i zdjęcia w tonacji bw na ścianach. Jutro wrzucę zdjęcia z placu boju, pokazujące żmudny proces renowacji desek.
PS. Udało mi się uniknąć sushi ;) Będzie dorsz z brokułowym puree w towarzystwie czerwonego wina :)
wtorek, 17 maja 2011
poniedziałek, 16 maja 2011
Fatum sushi
(Tu była poprzednia wersja notki)
Once again. Tekst wyszedł beznadziejny. W zasadzie to mnie poniosło i nie wyszło. Ot, bezwartościowy bełkot. Reset. Ekhm... Zaczynam od początku (to nie jest czasem ten cholerny pleonazm? Nieważne. Zasady zazwyczaj są po to, by je łamać).
Tym razem najpierw przejdę do sedna, potem będę se rozważać kontekst. Zachciało mi się zorganizować kolację nieromantyczną. Dla dwóch osób. I mam dylemat kulinarny. Jestem na cholernej diecie (jak zwykle), więc ma być lekko i cholernie wyrafinowanie (bo ja jestem cholernie wyrafinowaną perfekcjonistką). Zrobiłabym sushi, które uwielbiamy, ale nie chce mi się. Zajełoby mi to lekko ze trzy godziny. Kuchnia azjatycka jest cudowna... Ale średnio dietetyczna. Poza tym odwieczny problem z dostępnośćią składników. Makarony odpadają - to ma tyle kalorii, że nawet boję się pomyśleć. W ogóle włoska kuchnia odpada. Ma być lekko, niebanalnie i w miarę prosto. I lekkostrawnie... Bo ta kolacja odbędzie się pewnie w okolicach godziny 22.00. I nie mam pomysłu. To jest straszne, bo znaczy, że wyczerpują mi się pokłady kreatywności. A bez tego zginę, bo tylko dzięki temu cokolwiek udaje mi się czasem zarobić. Kurde... Ale coś japońskiego byłoby niezłe. Z uwagi na to, że trwa renowacja podłogi, zjemy pewnie przy małym, niskim stoliku z I. Siedząc praktycznie na podłodze. Drewnianej. Ale nie chce mi się latać do Almy po zakupy. Poza tym nie znalazłam tam pieprzonego papieru ryżowego, więc tym bardziej nie znajdę nic do potraw japońskich. A do sushi prawie wszystko mam. A czego nie mam, mogę kupić w normalnym sklepie. Phi... To się nazywa pułapka egzystencjalizmu. Bo wychodzi na to, że mój wybór jest iście tragiczny, do tego determinowany przez fatum. Bo czy tego chcę, czy nie... Jestem skazana na sushi. Itadakimasu!*
* z japońskiego. Takie ich zwyczajowe podziękowanie przed jedzeniem, nie ma u nas odpowiednika tego zwrotu. Itadakimasu ma być podziękowaniem wyrażonym dla osoby przygotowującej posiłek, ale obecnie wypowiadają to słowo wszyscy zebrani przy stole, przez rozpoczęciem jedzenia. Od biedy można to przełożyć jako Jedzmy.
Once again. Tekst wyszedł beznadziejny. W zasadzie to mnie poniosło i nie wyszło. Ot, bezwartościowy bełkot. Reset. Ekhm... Zaczynam od początku (to nie jest czasem ten cholerny pleonazm? Nieważne. Zasady zazwyczaj są po to, by je łamać).
Tym razem najpierw przejdę do sedna, potem będę se rozważać kontekst. Zachciało mi się zorganizować kolację nieromantyczną. Dla dwóch osób. I mam dylemat kulinarny. Jestem na cholernej diecie (jak zwykle), więc ma być lekko i cholernie wyrafinowanie (bo ja jestem cholernie wyrafinowaną perfekcjonistką). Zrobiłabym sushi, które uwielbiamy, ale nie chce mi się. Zajełoby mi to lekko ze trzy godziny. Kuchnia azjatycka jest cudowna... Ale średnio dietetyczna. Poza tym odwieczny problem z dostępnośćią składników. Makarony odpadają - to ma tyle kalorii, że nawet boję się pomyśleć. W ogóle włoska kuchnia odpada. Ma być lekko, niebanalnie i w miarę prosto. I lekkostrawnie... Bo ta kolacja odbędzie się pewnie w okolicach godziny 22.00. I nie mam pomysłu. To jest straszne, bo znaczy, że wyczerpują mi się pokłady kreatywności. A bez tego zginę, bo tylko dzięki temu cokolwiek udaje mi się czasem zarobić. Kurde... Ale coś japońskiego byłoby niezłe. Z uwagi na to, że trwa renowacja podłogi, zjemy pewnie przy małym, niskim stoliku z I. Siedząc praktycznie na podłodze. Drewnianej. Ale nie chce mi się latać do Almy po zakupy. Poza tym nie znalazłam tam pieprzonego papieru ryżowego, więc tym bardziej nie znajdę nic do potraw japońskich. A do sushi prawie wszystko mam. A czego nie mam, mogę kupić w normalnym sklepie. Phi... To się nazywa pułapka egzystencjalizmu. Bo wychodzi na to, że mój wybór jest iście tragiczny, do tego determinowany przez fatum. Bo czy tego chcę, czy nie... Jestem skazana na sushi. Itadakimasu!*
* z japońskiego. Takie ich zwyczajowe podziękowanie przed jedzeniem, nie ma u nas odpowiednika tego zwrotu. Itadakimasu ma być podziękowaniem wyrażonym dla osoby przygotowującej posiłek, ale obecnie wypowiadają to słowo wszyscy zebrani przy stole, przez rozpoczęciem jedzenia. Od biedy można to przełożyć jako Jedzmy.
niedziela, 15 maja 2011
O samotności w cieniu sosny
Dzisiaj będzie osobiście. Zostałam sama. Pierwszy raz od... Dawna. Bardzo dawna. A wszystko przez Multibank. I przez ZUS. No cóż... To się nazywa po prostu siła wyższa. I ta ...ona siła (Pratchett to jednak na długo się zasadza w mózgownicy) jest prawie 600 km stąd. Stąd - czyli od mojego mieszkania, w którym oprócz mnie zostały trzy koty. Z czego dwa bardzo irytujące koty. Z czego jeden w tej chwili udoskonala swoje liczne wariacje na temat mau (tak, ten kot mauczy, nie miauczy).
W związku z tą nietypową sytuacją jest mi dziwnie. I nie do końca wiem, co z tym zrobić. Będę miała tej samotności ze trzy dni. Wszystko zależy od tego, czy panie urzędniczki z ZUS-u raczą oznaczyć pewną sprawę wyższym priorytetem, niż układanie kolejnego pasjansa. Ale żyjemy w Polsce... Znaczy ja żyję. Więc pewnie to potrwa dłużej niż trzy dni.
Na szczęście mam co robić, żeby nie zacząć MYŚLEĆ. I żeby nie zacząć się NUDZIĆ. Oprócz czytania Pratchetta, gorących relaksujących kąpieli, rzucania różnymi przedmiotami w mauczącego kota... Muszę zedrzeć farbę z drewnianej podłogi. Zostało mi ok. dziewięć metrów kwadratowych, bo pozostałe dziewięć jest już zdjęte. Po kiego grzyba ktoś niszczył naturalne sosnowe deski farbą olejną w PRL-owym kolorze? A że ja jestem w frakcji odnawiającej, to zamiast te deski posłać w piec, próbuję z tego produktu podłogopodobnego uczynić produkt pełnowartościowy. Problem polega na tym, że zdejmowanie tej farby jest bardzo męczące. Robię to opalarką, która bardzo się nagrzewa, powodując że farba znacznie łatwiej odchodzi od drewna. Moja wydajność to góra trzy metry kwadratowe dziennie. Jak łatwo policzyć - zostało mi tej podłogi na trzy dni roboty. Magiczna trójka. Ale znając życie, ZUS się wyłamie z tego symbolizmu. Czyli po trzech dniach trafi mnie pewnie szlag. No cóż, niektórzy mają tendencje do zmartwychwstawania. Obawiam się jednak, że jestem pozbawiona ...onego boskiego pierwiastka. Rzeczywistość zawsze wyłamuje się z metafizycznych ram. Może to i lepiej. Gorzej jeśli w efekcie zamiast trzech kotów, zostaną mi dwa. Naprawdę kończy mi się asortyment bezpiecznych przedmiotów do rzucania.
W związku z tą nietypową sytuacją jest mi dziwnie. I nie do końca wiem, co z tym zrobić. Będę miała tej samotności ze trzy dni. Wszystko zależy od tego, czy panie urzędniczki z ZUS-u raczą oznaczyć pewną sprawę wyższym priorytetem, niż układanie kolejnego pasjansa. Ale żyjemy w Polsce... Znaczy ja żyję. Więc pewnie to potrwa dłużej niż trzy dni.
Na szczęście mam co robić, żeby nie zacząć MYŚLEĆ. I żeby nie zacząć się NUDZIĆ. Oprócz czytania Pratchetta, gorących relaksujących kąpieli, rzucania różnymi przedmiotami w mauczącego kota... Muszę zedrzeć farbę z drewnianej podłogi. Zostało mi ok. dziewięć metrów kwadratowych, bo pozostałe dziewięć jest już zdjęte. Po kiego grzyba ktoś niszczył naturalne sosnowe deski farbą olejną w PRL-owym kolorze? A że ja jestem w frakcji odnawiającej, to zamiast te deski posłać w piec, próbuję z tego produktu podłogopodobnego uczynić produkt pełnowartościowy. Problem polega na tym, że zdejmowanie tej farby jest bardzo męczące. Robię to opalarką, która bardzo się nagrzewa, powodując że farba znacznie łatwiej odchodzi od drewna. Moja wydajność to góra trzy metry kwadratowe dziennie. Jak łatwo policzyć - zostało mi tej podłogi na trzy dni roboty. Magiczna trójka. Ale znając życie, ZUS się wyłamie z tego symbolizmu. Czyli po trzech dniach trafi mnie pewnie szlag. No cóż, niektórzy mają tendencje do zmartwychwstawania. Obawiam się jednak, że jestem pozbawiona ...onego boskiego pierwiastka. Rzeczywistość zawsze wyłamuje się z metafizycznych ram. Może to i lepiej. Gorzej jeśli w efekcie zamiast trzech kotów, zostaną mi dwa. Naprawdę kończy mi się asortyment bezpiecznych przedmiotów do rzucania.
wtorek, 26 kwietnia 2011
Od morza do Tatr...
... czyli miało być morze, a są góry. Nie, nie Tatry. Beskidy. Jeszcze ciepłe - wczorajsze.
Nie chce mi się dwóch blogów prowadzić, więc ten zostawiam do wszystkiego. W końcu fotografia też mnie inspiruje. Poza tym i tak piszę sama do siebie :).
Nie chce mi się dwóch blogów prowadzić, więc ten zostawiam do wszystkiego. W końcu fotografia też mnie inspiruje. Poza tym i tak piszę sama do siebie :).
piątek, 8 kwietnia 2011
Dekoracje
Nie mam jeszcze ruszonej kuchni, nie wspominając o reszcie. Ale już od bardzo dawna zastanawiam się nad tym, co powiesić na ściany. To mieszkanie ma mnie reprezentować, zależy mi na maksymalnym zindywidualizowaniu przestrzeni, w której mam się czuć dobrze. Wiadomo, że najlepszym sposobem na to jest po prostu powieszenie swoich prac na ścianie. Pasjonuję się fotografią, więc pierwszą moją myślą było, aby powiesić jak najwięcej moich zdjęć. Pierwszy pokój, który wykończyliśmy był idealistycznie przeze mnie do tego predestynowany. Pomalowałam ( a raczej niemąż pomalował) ściany na szaro, a starą sosnową podłogę na biało (ale to ja dzielnie zdzierałam, szlifierką oscylacyjną, paskudną farbę olejną, w jedynym słusznym prl-owym kolorze. Szlifierka o mało od tego nie umarła, a ja straciłam przy okazji trzy centymetry w biodrach). Miało się kojarzyć z monochromatycznością czarno-białych zdjęć, na które przeznaczyłam jedyną ścianę bez drzwi i okien.
Pomieszczenie tymczasowo pełni wszystkie funkcje - jest naszą sypialnią, jadalnią i moim biurem. Przy takim wykorzystaniu pokoju nie ma na razie mowy o wieszaniu żadnych zdjęć. No i jest jeszcze bulbulator (znaczy... ten, no... kaloryfer z wyrokiem śmierci, który zamiast ogrzewać pomieszczenie, jak na porządny kaloryfer przystało, to robi tylko bul-bul-bul... doprowadzając mnie tym w środku nocy do szału. I bezsenności, rzecz jasna).
Ale nieważne. CHCĘ MIEĆ SWOJE ZDJĘCIA NA ŚCIANIE. No i mam dylemat. I to niejeden, kurde, niejeden. No bo, mają wisieć w orientacji horyzontalnej, czy wertykalnej? Ile ma ich być, jakiej mają być wielkości, w antyramach z zostawioną białą ramką (cholera no, nie wiem jak to się fachowo nazywa), czy bez? No i kluczowe pytanie - CO MAJĄ PRZEDSTAWIAĆ?
Wstępnie zdecydowałam się, że mają być czarno-białe. I że najlepiej trzy. I... dalej już nie wiem. Właściwie to nawet nie wiem, czy je wieszać, czy może oprzeć o ścianę. I co powiesić - swoje koty (z sensie, że zdjęcia, koty powieszone na ścianie wyglądałyby pewnie malowniczo i oryginalnie, ale ciekawe co na to TOZ. No i co na to moje koty), krajobrazy na długim czasie naświetlania, a może makrofotografię? To ostatnie zasadniczo wykluczam. Nie chcę też wyjść na kogoś, kto ma obsesję na punkcie swoich zwierząt (no mam, ale ciiii...), więc chyba zostają te krajobrazy... Tylko, czy to znowu nie za banalnie? Są to ujęcia na długim czasie. W sumie niebanalne. No nic, zamieszczam propozycje.
Zasadniczo najbardziej lubię to ostatnie zdjęcie. Zrobione na Litwie w Trokach (to przedostatnie to trocki zamek). Wydaje mi się najlepsze. Ot, subiektywne autorskie (czyt. autorytarne, czyli nie znające sprzeciwu) zdanie. Rozmyte dzieciaki chyba odpadają. Górskie mgły... No nie wiem. Problem polega na tym, że są kiepskiej jakości (ISO 800 chyba), a ja chcę duży format. Za to te morskie są popaprane przez mój spier***ony obiektyw. A może kwadrat?
No i nie wiem... Lubię te łódki. W zasadzie to jedną z nich. Tak, wiem spieprzyłam rotate przy jednym ze zdjęć.
Chyba jednak nie kwadrat. Zwłaszcza, że mogę wywołać rozmiar góra 40x40cm... To chyba za mało. Nie wiem, no kurde. W sumie to mam jeszcze czas. I zostanę przy tej opcji. Może uda mi się zrobić jakieś powalające zdjęcia do tej pory. Może... Morze (jak dobrze wiatr halny powieje, to pojadę do Szczecina na Wielkanoc. I bryknę nad morze...).
Pomieszczenie tymczasowo pełni wszystkie funkcje - jest naszą sypialnią, jadalnią i moim biurem. Przy takim wykorzystaniu pokoju nie ma na razie mowy o wieszaniu żadnych zdjęć. No i jest jeszcze bulbulator (znaczy... ten, no... kaloryfer z wyrokiem śmierci, który zamiast ogrzewać pomieszczenie, jak na porządny kaloryfer przystało, to robi tylko bul-bul-bul... doprowadzając mnie tym w środku nocy do szału. I bezsenności, rzecz jasna).
Ale nieważne. CHCĘ MIEĆ SWOJE ZDJĘCIA NA ŚCIANIE. No i mam dylemat. I to niejeden, kurde, niejeden. No bo, mają wisieć w orientacji horyzontalnej, czy wertykalnej? Ile ma ich być, jakiej mają być wielkości, w antyramach z zostawioną białą ramką (cholera no, nie wiem jak to się fachowo nazywa), czy bez? No i kluczowe pytanie - CO MAJĄ PRZEDSTAWIAĆ?
Wstępnie zdecydowałam się, że mają być czarno-białe. I że najlepiej trzy. I... dalej już nie wiem. Właściwie to nawet nie wiem, czy je wieszać, czy może oprzeć o ścianę. I co powiesić - swoje koty (z sensie, że zdjęcia, koty powieszone na ścianie wyglądałyby pewnie malowniczo i oryginalnie, ale ciekawe co na to TOZ. No i co na to moje koty), krajobrazy na długim czasie naświetlania, a może makrofotografię? To ostatnie zasadniczo wykluczam. Nie chcę też wyjść na kogoś, kto ma obsesję na punkcie swoich zwierząt (no mam, ale ciiii...), więc chyba zostają te krajobrazy... Tylko, czy to znowu nie za banalnie? Są to ujęcia na długim czasie. W sumie niebanalne. No nic, zamieszczam propozycje.
Zasadniczo najbardziej lubię to ostatnie zdjęcie. Zrobione na Litwie w Trokach (to przedostatnie to trocki zamek). Wydaje mi się najlepsze. Ot, subiektywne autorskie (czyt. autorytarne, czyli nie znające sprzeciwu) zdanie. Rozmyte dzieciaki chyba odpadają. Górskie mgły... No nie wiem. Problem polega na tym, że są kiepskiej jakości (ISO 800 chyba), a ja chcę duży format. Za to te morskie są popaprane przez mój spier***ony obiektyw. A może kwadrat?
No i nie wiem... Lubię te łódki. W zasadzie to jedną z nich. Tak, wiem spieprzyłam rotate przy jednym ze zdjęć.
Chyba jednak nie kwadrat. Zwłaszcza, że mogę wywołać rozmiar góra 40x40cm... To chyba za mało. Nie wiem, no kurde. W sumie to mam jeszcze czas. I zostanę przy tej opcji. Może uda mi się zrobić jakieś powalające zdjęcia do tej pory. Może... Morze (jak dobrze wiatr halny powieje, to pojadę do Szczecina na Wielkanoc. I bryknę nad morze...).
Troszkę zmian
Postanowiłam jednak rozszerzyć tematykę bloga. Wnętrza to nie jest jedyny etap projektowania jakim się interesuję. Przede wszystkim pracuję jako webdesigner, więc design jest moim chlebem powszednim. Blog będzie o moich wszystkich inspiracjach designerskich, będę się również często odwoływać do swojej pracy.
Uważam, że w inspiracjach nie należy narzucać sobie granic wyznaczonych przez segment, w którym się działa. Ja się nie ograniczam. Inspiruje mnie wszystko - od fotografii, poprzez szeroko pojmowaną sztukę użytkową, aż do... literatury. Wszystko to jest moją pasją, którą staram się w swoim życiu eklektycznie łączyć.
Wątek wykańczania mieszkania (tudzież wykańczania mnie przez mieszkanie) będzie się ciągle przewijał.
BTW. Tak, zależy mi na tym, aby ten blog był przykładem koncepcyjnej ewolucji, tego jak z pierwotnie metafizycznej idei krystalizuje się konkretny twór, który w nieubłaganej linearności chronologicznej staje się coraz bardziej funkcjonalnie dookreślony. To będzie moja ścieżka kreatywności - chaotyczna, mająca wiele ślepych odnóg, tak jak cały żmudny proces twórczy, który być może, ostatecznie prowadzi do nikąd. Sensem jest sama droga, nie jej cel. Sam sposób działania, nie jego efekt.
Podsumowując - będzie dziwnie :)
Uważam, że w inspiracjach nie należy narzucać sobie granic wyznaczonych przez segment, w którym się działa. Ja się nie ograniczam. Inspiruje mnie wszystko - od fotografii, poprzez szeroko pojmowaną sztukę użytkową, aż do... literatury. Wszystko to jest moją pasją, którą staram się w swoim życiu eklektycznie łączyć.
Wątek wykańczania mieszkania (tudzież wykańczania mnie przez mieszkanie) będzie się ciągle przewijał.
BTW. Tak, zależy mi na tym, aby ten blog był przykładem koncepcyjnej ewolucji, tego jak z pierwotnie metafizycznej idei krystalizuje się konkretny twór, który w nieubłaganej linearności chronologicznej staje się coraz bardziej funkcjonalnie dookreślony. To będzie moja ścieżka kreatywności - chaotyczna, mająca wiele ślepych odnóg, tak jak cały żmudny proces twórczy, który być może, ostatecznie prowadzi do nikąd. Sensem jest sama droga, nie jej cel. Sam sposób działania, nie jego efekt.
Podsumowując - będzie dziwnie :)
niedziela, 20 marca 2011
Kuchnia
No i okazało się, że jak zwykle mam problem z aktualizacją bloga. No nic, tym razem naprawdę się postaram. I pewnie, jak zazwyczaj, nic mi z tego nie wyjdzie. Ale trudno, przejdę do meritum.
Dzisiaj kuchnia. Zrobiłam sobie projekt, korzystając z programu dostępnego na stronie internetowej znanej sieci na I. W zasadzie większość mebli do zabudowy kupiłam sobie już w grudniu. Tak, dokładnie... Najpierw kupiłam meble, a teraz dopiero zastanawiam się, jak to wszystko ustawić, żeby miało ręce i nogi :P. No i wyszło mi, że muszę dokupić jedną szafkę (która btw. w grudniu nie była dostępna), bo zmieniła mi się nieco koncepcja (wywaliłam lodówkę z ciągu).



Pomieszczenie jest spore - 3,55m na 3.9m, najlepiej wielkość obrazuje rzut od góry. Zabudowa kuchenna jest na krótszej ścianie. Układ jak na wizualizacji - spore okno, na przeciwnej ścianie przejście (bez drzwi). Wybrałam fronty RUBRIK, są stalowe i błyszczące (ciekawe tylko kto będzie wycierał te zacieki... Hmmm...). I wyglądają super (wiem, bo je już mam ;) ). Blat będzie drewniany - najprawdopodobniej dąb olejowany. A podłoga... Będzie betonowa, polerowana na satynowy połysk:

Śliczna, prawda? Kompletnie oszalałam na punkcie betonowej podłogi. Poza tym dzięki temu można zainstalować ogrzewanie podłogowe. Pierwotnie chciałam parkiet przemysłowy, ale doszłam do wniosku, że beton na aranżacjach wygląda super.
Na swoich wizualizacjach wybrałam takie same krzesła, jak te na zdjęciu. Teraz mam sosnowy stół z sosnowymi krzesłami, które kompletnie mi się nie podobają. Zdecydowanie wolę te czarne plasticznki. Marzy się panton chair (na zdjęciu poniżej), ale nie sądzę, żeby było mnie szybko na nie stać... Kosztują ok. 800zł/szt.

Kwestią otwartą jest ściana za zabudową. Na wizualizacji dałam kolor limonkowy, bo biały nie robił dobrego wrażenia. Cała stylistyka będzie bardzo surowa - stalowe fronty, betonowa podłoga, czarne plastikowe krzesła. Limonkowa ściana będzie jedyną plamą koloru i myślę, że fajnie rozbije tę szarość.
Nie zdecydowałam się na górne szafki. Otwarte półki bardziej mi się podobają, wyglądają lżej niż pełna zabudowa. Na dolnych zainstaluję halogeny oświetlające blat. Z doświadczenia wiem, że to naprawdę praktyczne rozwiązanie.
Lodówka jest przykładowa. Podoba mi się stylizowany na retro SMEG w kolorze... Limonkowym :). Ale jest diabelnie drogi. Poszukam tańszego odpowiednika, bo myślę, że ok. 4 tys. za sam design to trochę za dużo. Przynajmniej dla mnie :).

No cóż... Wiem, że Gorenje i Ardo mają linię tak stylizowanych lodówek. Ciekawe tylko, czy uda mi się znaleźć w takim kolorze.
Na zakończenia dorzucam inspirację, czyli zdjęcie kuchni ze stalowymi frontami.
Dzisiaj kuchnia. Zrobiłam sobie projekt, korzystając z programu dostępnego na stronie internetowej znanej sieci na I. W zasadzie większość mebli do zabudowy kupiłam sobie już w grudniu. Tak, dokładnie... Najpierw kupiłam meble, a teraz dopiero zastanawiam się, jak to wszystko ustawić, żeby miało ręce i nogi :P. No i wyszło mi, że muszę dokupić jedną szafkę (która btw. w grudniu nie była dostępna), bo zmieniła mi się nieco koncepcja (wywaliłam lodówkę z ciągu).



Pomieszczenie jest spore - 3,55m na 3.9m, najlepiej wielkość obrazuje rzut od góry. Zabudowa kuchenna jest na krótszej ścianie. Układ jak na wizualizacji - spore okno, na przeciwnej ścianie przejście (bez drzwi). Wybrałam fronty RUBRIK, są stalowe i błyszczące (ciekawe tylko kto będzie wycierał te zacieki... Hmmm...). I wyglądają super (wiem, bo je już mam ;) ). Blat będzie drewniany - najprawdopodobniej dąb olejowany. A podłoga... Będzie betonowa, polerowana na satynowy połysk:

Śliczna, prawda? Kompletnie oszalałam na punkcie betonowej podłogi. Poza tym dzięki temu można zainstalować ogrzewanie podłogowe. Pierwotnie chciałam parkiet przemysłowy, ale doszłam do wniosku, że beton na aranżacjach wygląda super.
Na swoich wizualizacjach wybrałam takie same krzesła, jak te na zdjęciu. Teraz mam sosnowy stół z sosnowymi krzesłami, które kompletnie mi się nie podobają. Zdecydowanie wolę te czarne plasticznki. Marzy się panton chair (na zdjęciu poniżej), ale nie sądzę, żeby było mnie szybko na nie stać... Kosztują ok. 800zł/szt.

Kwestią otwartą jest ściana za zabudową. Na wizualizacji dałam kolor limonkowy, bo biały nie robił dobrego wrażenia. Cała stylistyka będzie bardzo surowa - stalowe fronty, betonowa podłoga, czarne plastikowe krzesła. Limonkowa ściana będzie jedyną plamą koloru i myślę, że fajnie rozbije tę szarość.
Nie zdecydowałam się na górne szafki. Otwarte półki bardziej mi się podobają, wyglądają lżej niż pełna zabudowa. Na dolnych zainstaluję halogeny oświetlające blat. Z doświadczenia wiem, że to naprawdę praktyczne rozwiązanie.
Lodówka jest przykładowa. Podoba mi się stylizowany na retro SMEG w kolorze... Limonkowym :). Ale jest diabelnie drogi. Poszukam tańszego odpowiednika, bo myślę, że ok. 4 tys. za sam design to trochę za dużo. Przynajmniej dla mnie :).

No cóż... Wiem, że Gorenje i Ardo mają linię tak stylizowanych lodówek. Ciekawe tylko, czy uda mi się znaleźć w takim kolorze.
Na zakończenia dorzucam inspirację, czyli zdjęcie kuchni ze stalowymi frontami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
