Dla niektórych nowym etapem w życiu jest zawarcie małżeństwa, urodzenie dziecka, obrona pracy dyplomowej, czy też pierwsza praca. Ja w ramach tego, że trzeba w końcu kiedyś dorosnąć, założyłam sobie firmę. Tym samym zaliczyłam przyspieszony kurs survivalowy pt. "Przetrwaj w polskich urzędach" - odwiedziłam Urząd Miasta, Urząd Skarbowy (dwukrotnie), Urząd Statystyczny, oraz ZUS. I jestem z siebie dumna - opierniczono mnie tylko w Urzędzie Statystycznym :P.
Oficjalnie data rozpoczęcia działalności to 1 Lipca 2011. A firma którą prowadzę, jako najważniejszy rodzaj działalności, ma przypiętą dumnie brzmiącą etykietkę "Działalność agencji reklamowej" - ale to głównie z braku opcji "Działalność agencji interaktywnej".
Podsumowując - powitajmy na świecie (fanfary) nową agencję interaktywną AT.REM
Czyż nie jest urocza? ;)
Za jakiś czas zostanie wdrożona zaprojektowana przeze mnie strona internetowa. Marka AT.REM skupia się na usługach projektowych i jest uzupełnieniem polinfor.pl
Projektujemy: loga, strony www, wizytówki oraz inne materiały promocyjne.
Tworzymy spójną identyfikację wizualną dla wymagających klientów. Razem ze stroną www zostanie uruchomiony blog, na którym będą publikowane stricte branżowe artykuły, przede wszystkim obszernie i szczegółowo wyjaśniające zagadnienia identyfikacji wizualnej.
Czeka mnie naprawdę dużo pracy. Muszę napisać ofertę, uporządkować portfolio i zająć się promocją. Głównym kanałem promocji będzie internet - AT.REM jako agencja interaktywna działa tylko na rynku internetowym, grupą docelową są przede wszystkim osoby rozumiejące jak ważnym medium jest sieć. Jak już się rozwiniemy, to w ramach usług lokalnych, dojdzie fotografia reklamowa. Pod skrzydłami agencji będą się również rozwijać różne portale internetowe.
Pomysł na założenie firmy o takim profilu działalności jest wypadkową moich zainteresowań dotyczących dizajnu, z rosnącym zapotrzebowaniem na wysokiej jakości usługi projektowe dostępne na rynku internetowym, oraz z istniejącycm już zapleczem informatycznym w postaci polinfor.pl.
Mam nadzieję, że dzięki konsekwentnej pracy oraz dość spójnej strategii marketingowej uda się osiągnąć sukces.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą osobiście. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą osobiście. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 7 lipca 2011
poniedziałek, 16 maja 2011
Fatum sushi
(Tu była poprzednia wersja notki)
Once again. Tekst wyszedł beznadziejny. W zasadzie to mnie poniosło i nie wyszło. Ot, bezwartościowy bełkot. Reset. Ekhm... Zaczynam od początku (to nie jest czasem ten cholerny pleonazm? Nieważne. Zasady zazwyczaj są po to, by je łamać).
Tym razem najpierw przejdę do sedna, potem będę se rozważać kontekst. Zachciało mi się zorganizować kolację nieromantyczną. Dla dwóch osób. I mam dylemat kulinarny. Jestem na cholernej diecie (jak zwykle), więc ma być lekko i cholernie wyrafinowanie (bo ja jestem cholernie wyrafinowaną perfekcjonistką). Zrobiłabym sushi, które uwielbiamy, ale nie chce mi się. Zajełoby mi to lekko ze trzy godziny. Kuchnia azjatycka jest cudowna... Ale średnio dietetyczna. Poza tym odwieczny problem z dostępnośćią składników. Makarony odpadają - to ma tyle kalorii, że nawet boję się pomyśleć. W ogóle włoska kuchnia odpada. Ma być lekko, niebanalnie i w miarę prosto. I lekkostrawnie... Bo ta kolacja odbędzie się pewnie w okolicach godziny 22.00. I nie mam pomysłu. To jest straszne, bo znaczy, że wyczerpują mi się pokłady kreatywności. A bez tego zginę, bo tylko dzięki temu cokolwiek udaje mi się czasem zarobić. Kurde... Ale coś japońskiego byłoby niezłe. Z uwagi na to, że trwa renowacja podłogi, zjemy pewnie przy małym, niskim stoliku z I. Siedząc praktycznie na podłodze. Drewnianej. Ale nie chce mi się latać do Almy po zakupy. Poza tym nie znalazłam tam pieprzonego papieru ryżowego, więc tym bardziej nie znajdę nic do potraw japońskich. A do sushi prawie wszystko mam. A czego nie mam, mogę kupić w normalnym sklepie. Phi... To się nazywa pułapka egzystencjalizmu. Bo wychodzi na to, że mój wybór jest iście tragiczny, do tego determinowany przez fatum. Bo czy tego chcę, czy nie... Jestem skazana na sushi. Itadakimasu!*
* z japońskiego. Takie ich zwyczajowe podziękowanie przed jedzeniem, nie ma u nas odpowiednika tego zwrotu. Itadakimasu ma być podziękowaniem wyrażonym dla osoby przygotowującej posiłek, ale obecnie wypowiadają to słowo wszyscy zebrani przy stole, przez rozpoczęciem jedzenia. Od biedy można to przełożyć jako Jedzmy.
Once again. Tekst wyszedł beznadziejny. W zasadzie to mnie poniosło i nie wyszło. Ot, bezwartościowy bełkot. Reset. Ekhm... Zaczynam od początku (to nie jest czasem ten cholerny pleonazm? Nieważne. Zasady zazwyczaj są po to, by je łamać).
Tym razem najpierw przejdę do sedna, potem będę se rozważać kontekst. Zachciało mi się zorganizować kolację nieromantyczną. Dla dwóch osób. I mam dylemat kulinarny. Jestem na cholernej diecie (jak zwykle), więc ma być lekko i cholernie wyrafinowanie (bo ja jestem cholernie wyrafinowaną perfekcjonistką). Zrobiłabym sushi, które uwielbiamy, ale nie chce mi się. Zajełoby mi to lekko ze trzy godziny. Kuchnia azjatycka jest cudowna... Ale średnio dietetyczna. Poza tym odwieczny problem z dostępnośćią składników. Makarony odpadają - to ma tyle kalorii, że nawet boję się pomyśleć. W ogóle włoska kuchnia odpada. Ma być lekko, niebanalnie i w miarę prosto. I lekkostrawnie... Bo ta kolacja odbędzie się pewnie w okolicach godziny 22.00. I nie mam pomysłu. To jest straszne, bo znaczy, że wyczerpują mi się pokłady kreatywności. A bez tego zginę, bo tylko dzięki temu cokolwiek udaje mi się czasem zarobić. Kurde... Ale coś japońskiego byłoby niezłe. Z uwagi na to, że trwa renowacja podłogi, zjemy pewnie przy małym, niskim stoliku z I. Siedząc praktycznie na podłodze. Drewnianej. Ale nie chce mi się latać do Almy po zakupy. Poza tym nie znalazłam tam pieprzonego papieru ryżowego, więc tym bardziej nie znajdę nic do potraw japońskich. A do sushi prawie wszystko mam. A czego nie mam, mogę kupić w normalnym sklepie. Phi... To się nazywa pułapka egzystencjalizmu. Bo wychodzi na to, że mój wybór jest iście tragiczny, do tego determinowany przez fatum. Bo czy tego chcę, czy nie... Jestem skazana na sushi. Itadakimasu!*
* z japońskiego. Takie ich zwyczajowe podziękowanie przed jedzeniem, nie ma u nas odpowiednika tego zwrotu. Itadakimasu ma być podziękowaniem wyrażonym dla osoby przygotowującej posiłek, ale obecnie wypowiadają to słowo wszyscy zebrani przy stole, przez rozpoczęciem jedzenia. Od biedy można to przełożyć jako Jedzmy.
niedziela, 15 maja 2011
O samotności w cieniu sosny
Dzisiaj będzie osobiście. Zostałam sama. Pierwszy raz od... Dawna. Bardzo dawna. A wszystko przez Multibank. I przez ZUS. No cóż... To się nazywa po prostu siła wyższa. I ta ...ona siła (Pratchett to jednak na długo się zasadza w mózgownicy) jest prawie 600 km stąd. Stąd - czyli od mojego mieszkania, w którym oprócz mnie zostały trzy koty. Z czego dwa bardzo irytujące koty. Z czego jeden w tej chwili udoskonala swoje liczne wariacje na temat mau (tak, ten kot mauczy, nie miauczy).
W związku z tą nietypową sytuacją jest mi dziwnie. I nie do końca wiem, co z tym zrobić. Będę miała tej samotności ze trzy dni. Wszystko zależy od tego, czy panie urzędniczki z ZUS-u raczą oznaczyć pewną sprawę wyższym priorytetem, niż układanie kolejnego pasjansa. Ale żyjemy w Polsce... Znaczy ja żyję. Więc pewnie to potrwa dłużej niż trzy dni.
Na szczęście mam co robić, żeby nie zacząć MYŚLEĆ. I żeby nie zacząć się NUDZIĆ. Oprócz czytania Pratchetta, gorących relaksujących kąpieli, rzucania różnymi przedmiotami w mauczącego kota... Muszę zedrzeć farbę z drewnianej podłogi. Zostało mi ok. dziewięć metrów kwadratowych, bo pozostałe dziewięć jest już zdjęte. Po kiego grzyba ktoś niszczył naturalne sosnowe deski farbą olejną w PRL-owym kolorze? A że ja jestem w frakcji odnawiającej, to zamiast te deski posłać w piec, próbuję z tego produktu podłogopodobnego uczynić produkt pełnowartościowy. Problem polega na tym, że zdejmowanie tej farby jest bardzo męczące. Robię to opalarką, która bardzo się nagrzewa, powodując że farba znacznie łatwiej odchodzi od drewna. Moja wydajność to góra trzy metry kwadratowe dziennie. Jak łatwo policzyć - zostało mi tej podłogi na trzy dni roboty. Magiczna trójka. Ale znając życie, ZUS się wyłamie z tego symbolizmu. Czyli po trzech dniach trafi mnie pewnie szlag. No cóż, niektórzy mają tendencje do zmartwychwstawania. Obawiam się jednak, że jestem pozbawiona ...onego boskiego pierwiastka. Rzeczywistość zawsze wyłamuje się z metafizycznych ram. Może to i lepiej. Gorzej jeśli w efekcie zamiast trzech kotów, zostaną mi dwa. Naprawdę kończy mi się asortyment bezpiecznych przedmiotów do rzucania.
W związku z tą nietypową sytuacją jest mi dziwnie. I nie do końca wiem, co z tym zrobić. Będę miała tej samotności ze trzy dni. Wszystko zależy od tego, czy panie urzędniczki z ZUS-u raczą oznaczyć pewną sprawę wyższym priorytetem, niż układanie kolejnego pasjansa. Ale żyjemy w Polsce... Znaczy ja żyję. Więc pewnie to potrwa dłużej niż trzy dni.
Na szczęście mam co robić, żeby nie zacząć MYŚLEĆ. I żeby nie zacząć się NUDZIĆ. Oprócz czytania Pratchetta, gorących relaksujących kąpieli, rzucania różnymi przedmiotami w mauczącego kota... Muszę zedrzeć farbę z drewnianej podłogi. Zostało mi ok. dziewięć metrów kwadratowych, bo pozostałe dziewięć jest już zdjęte. Po kiego grzyba ktoś niszczył naturalne sosnowe deski farbą olejną w PRL-owym kolorze? A że ja jestem w frakcji odnawiającej, to zamiast te deski posłać w piec, próbuję z tego produktu podłogopodobnego uczynić produkt pełnowartościowy. Problem polega na tym, że zdejmowanie tej farby jest bardzo męczące. Robię to opalarką, która bardzo się nagrzewa, powodując że farba znacznie łatwiej odchodzi od drewna. Moja wydajność to góra trzy metry kwadratowe dziennie. Jak łatwo policzyć - zostało mi tej podłogi na trzy dni roboty. Magiczna trójka. Ale znając życie, ZUS się wyłamie z tego symbolizmu. Czyli po trzech dniach trafi mnie pewnie szlag. No cóż, niektórzy mają tendencje do zmartwychwstawania. Obawiam się jednak, że jestem pozbawiona ...onego boskiego pierwiastka. Rzeczywistość zawsze wyłamuje się z metafizycznych ram. Może to i lepiej. Gorzej jeśli w efekcie zamiast trzech kotów, zostaną mi dwa. Naprawdę kończy mi się asortyment bezpiecznych przedmiotów do rzucania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
